Nie lubię Gretkowskiej.

Cenzura w każdej postaci obrzydliwa jest mi bardzo. Manuela Gretkowska dziś objawiła się mi niczym upiór urzędasa z ulicy Mysiej 5,

w Warszawie, gdzie mieścił się Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, przypominam młodziakom, którzy pamiętać nie mogą.

W niebyt chciała mój komentarz na FB posłać i dlatego jej już nie lubię i do ręki żadnej książki nie wezmę, którą napisała bo hipokryzją brzydzę się w stopniu podobnym

co kłamstwem oraz wspomnianą wyżej  cenzurą, która wszak jest innym trochę rodzajem kłamstwa przecież.

Z kłamcami do czynienia mieć nie chcę wcalę, a czasami muszę. Z Gretkowską nie muszę.

Alfabet Herr Kulasa, czyli co wpłynęło i nie ryba.”V” jak Vonnegut – (wersja poprawiona)

„- Nie piszesz już?
– Nie ma nic takiego, co chciałbym ludziom powiedzieć.
– Po tym wszystkim, co widziałeś i przez co przeszedłeś? – spytała.
– Właśnie to wszystko, co widziałem i przez co przeszedłem, sprawia, że napisanie czegokolwiek jest dla mnie niemożliwe. Zatraciłem zdolność do logicznych wypowiedzi. Bełkocę do cywilizowanego świata, a on odpowiada mi tym samym.”

Wydane w serii „z kosmonautą”, przez oficynę „Czytelnik”, „Syreny z Tytana” Vonneguta, były pierwszym mym kontaktem z prozą Geniusza z Indianapolis. Miałem około szesnastu lat, fanatycznie wielbiłem SF, pod każdą postacią. Książka, film, komiks, malarstwo, książka. Czytałem wszystko, co znalazłem w Miejskiej Bibliotece Publicznej, a co nawet ledwie otarło się o fantastykę. No a tu kosmonauta w logo serii i jeszcze Tytan, w tytule. Musi być, że science-fiction. No i pochłonąłem. Nie bardzo dziś pamiętam jak odebrałem wtedy prozę Vonneguta, pewne jest, że spodobało mi się na tyle, że zacząłem szukać po znajomych, czy ktoś nie ma może na sprzedaż czegoś, a były to czasy… całkiem inne od dzisiejszych czasów, w których wszystko jest na wyciągnięcie ŁŁ (łebowa łapa). Okazuje się, że znajomi mieli i nawet skłonni byli się pozbyć, za kwotę. I poszło: „Kocia kołyska”, „Rzeźnia nr 5”, „Pianola”… O k… jejku! Teraz uzmysłowiłem sobie, że mi „Śniadania mistrzów” oraz „Niech Pana Bóg błogosławi…” brakuje na półce, z klasyki Mistrza. Łebowa Łapo, do dzieła! I dodam jeszcze na koniec: „Wszystkiego najlepszego!”

P.S.- Kiedy w wieku 23 lat, jako jeniec wojenny, jesteś bezpośrednim świadkiem bezsensownej hekatomby dużego, europejskiego miasta. Kiedy uda ci się przeżyć i na dodatek masz talent do opowiadania historii połączony z refleksyjną naturą, stajesz się Kurtem Vonnegutem. „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.” jak mawiała moja babcia.

Rocznica.

W zeszłym roku, na innym blogu, w kontekście śmierci prezydenta Gdańska popełniłem wpis. Minął rok. Myślę, że warto go przypomnieć.

Kobieta zabiła nożem swą czteroletnią córkę, w Dzień Matki, w zeszłym roku. W mieście średniej wielkości, mniejszym od Gdańska. Moim mieście. Okrutna, bezsensowna śmierć. Biegli psychiatrzy rozpoznali u zabójczyni chorobę umysłową. Bywa i tak. Umarło dziecko. Umarło parszywą śmiercią zadaną ręką ukochanej osoby. Zapewne nie zdążyło w swym krótkim życiu skrzywdzić nikogo. Niewinne dziecko. Kilkuletnia dziewczynka. Nigdy już nie będzie dziewczyną, nigdy już nie będzie kobietą. Miała na imię Wiktoria.

Po jej śmierci nikomu nie przyszło do głowy aby urządzić marsz jedności, w proteście przeciwko przemocy. Stada tzw. „ekspertów od wszystkiego” nie zabrały głosu w żadnej stacji radiowej czy telewizyjnej. Nikt nie pomyślał nawet by ogłaszać dni żałoby narodowej by uczcić pamięć czterolatki. Pogrzeb Wiktorii nie miał potencjału na stanie się wydarzeniem medialnym, nie ściągnął zatem „gwiazd” reportażu, które zwykle tak chętnie przecież pokazują się na tle „ścianek” zbudowanych na ludzkiej tragedii. Żaden arcybiskup nie wznosił modłów za spokój duszy małej Wiktorii.

Okrutny zgon nieszczęsnego dziecka pozostał dla świata jedynie literkami na „żółtym pasku”, wyświetlanymi przez kilkanaście sekund, u dołu telewizyjnego ekranu. Krótką wzmianką umieszczoną pomiędzy reklamą nowego suplementu diety prawie gwarantującego wieczną młodość i klipem zachwalającym walory jeszcze doskonalszego modelu SUV-a. Zbyt drastycznym „niusem” dla telewizji śniadaniowej, w której kolejne gwiazdy „znane z tego, że są znane”, opowiadają dyrdymały i idiotyzmy interesujące jedynie kogoś tak zdesperowanego, że poszukuje tu barw dla swego czarno-białego życia. Cudzych barw.

Matka morduje swe dziecko. Całkowicie niepotrzebna śmierć. Dosłownie. Taka tragedia przecież nikomu się do niczego nie przyda. Ani przy okazji takiego nieszczęścia opluć nie można nikogo, ani solidnie dokopać przeciwnikowi politycznemu czy ideologicznemu, z tej czy innej strony. Ani wskazać paluchem, że to właśnie przez „onych”, że to „oni” winni są, bo jątrzą, bo sieją niezgodę, bo w sumie to jakby faktycznie w rękę mordercy nóż włożyli i wskazali cel. Śmierć nikomu do niczego niepotrzebna. Nieprzydatna zupełnie.

Umarło dziecko. Kolejna wiadomość medialna o długości życia motyla. I tak jest dobrze. Tak być powinno. Bez rozbuchanej do karykaturalnych rozmiarów, egzaltacji. Bez kabotyńskich gestów. Umarło dziecko. Umarł ojciec, matka, brat czy siostra. Umarł człowiek. Tak bowiem umieramy jako ludzie, podobnie jak przychodzimy na ten świat. Niestety nie zawsze umieramy jak ludzie. Bywa i tak. Nie ma potrzeby przy takiej okazji na siłę odziewać tej ponurej pani z kosą, przecinającej nić naszego żywota, w strój cyrkowego klauna. Nie uchodzi. Tak podpowiada, zwykła, staromodna przyzwoitość.”

A teraz można sobie posłuchać songu „Sound of silence” skowerowanego przez Disturbed. Jak kto chce.