174517

Prawie sto lat temu urodził się Primo Levi. Chemik, pisarz, wiezień niemieckiego obozu koncentracyjnego. Przeżył Oświęcim, a zginął po upadku ze schodów w roku 1987.  Cytując Kurta Vonneguta: „zdarza się i tak”. Kiedy Levi już nie żył, inny Żyd, niejaki Joseph Hirt, który nigdy w obozie koncentracyjnym nie był, przywłaszczył sobie numer obozowy , który nosił Levi będąc więźniem Auschwitz. Wytatuował go sobie ów pan Hirt, zgodnie z obozowym sznytem i obnosił z nim po świecie opowiadając czego to on nie przeżył w niemieckich katowniach jako więzień. Kasę w związku z tym cyrkiem robił niezłą i sławę niejaką zdobył też pewnie. Do czasu. W roku 2016 , kiedy to nauczyciel historii z miasta Turin, ale amerykański taki Turyn, a nie włoski ten od Juventusu, zaczął kwestionować wiarygodność tego… tatuowanego lisa. Sprawa się rypła. Joseph Hirth przyznał się do kłamstw, które głosił „w dobrej wierze” aby propagować historię Holokaustu pośród ludzkości bla… bla… bla… Znaczy znowu cel uświęca środki – wszelkie świństwa tego świata podobnie usprawiedliwiano: Okłamię ciebie, ale dla twego dobra wicie-rozumicie, jasne. Jakieś dobro z tej całej żenującej historii jest mimo wszystko, choćby takie, że można wspomnieć Primo Leviego. Zdarza się i tak.

Ten wpis został opublikowany w kategorii W głowie i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.