Lektura interwałowa.

Będąc swego czasu kinooperatorem czytałem książki interwałami: 20 minut lektury i około 3 minuty przerwy na zmianę rolki taśmy filmowej. Skąd owe 20 minut? Otóż standardowa szpula filmu kinowego miała długość 600 metrów co odpowiadało 20 minutom projekcji filmu. Na 2 godziny filmu czyli 120 minut przypadało 6 szpul. Szafa do przechowywania owych szpul nazywa się „filmostatem”, tak na marginesie. O tym jak docierały owe szpule do kina, jak przebiegało przygotowywanie ich do seansu nie opowiem teraz. Może opowiem innym razem.

My, kinooperatorzy nazywaliśmy metalowe szpule, na które nawijało się film, „cewami”. Były też specjalne cewy do grania filmu „z klocków”. Z klocków prowadziło się projekcję gdy film do kina docierał na sekundy przed rozpoczęciem seansu i nie było czasu na jego przygotowanie zgodnie z prawidłami sztuki kinooperatorskiej oraz regulaminem wewnętrznym kina. Tak prowadzony seans filmowy obarczony był dosyć dużą dozą ryzyka, gdyż ufało się poprzedniemu kinooperatorowi, iż spakował przed wysłaniem kopię filmową porządnie, a nie na przykład pomieszał rolki filmu lub nawinął je przed spakowaniem i wysyłką, „matem do góry”. Wielka doza zaufania gdy człek wie doskonale, że choroba zawodowa kinooperatorów to alkoholizm.

„Po co w kabinie projekcyjnej gaśnica śniegowa? Do chłodzenia wódki”. Wyjaśniam: w dyszy wylotowej takiej gaśnicy było ok 70 stopni Celsjusza na minusie. Rozumiecie. Uchylało się lekko zawór i resztę sobie dopowiedzcie. No proszę. Blisko 10 lat już nie robię w tym „szoł-biznesie” z przewagą pierwszego nad drugim (z powodu nędznych zarobków oczywiście), a wspomnienia wracają, wysypują się niczym jakieś zboże z wagonu, które swego czasu jakiś polityk i jego kamraci wywalali na bocznicach kolejowych. Uchyl lekko zamknięcie wagonowych otworów spustowych czy jak one się tam zwą w nomenklaturze kolejowej, a już ich nie zamkniesz. Podobnie ze wspomnieniami jest.

Meritumując jednak do sedna. Na przekór zbożu. „Interwały czytelnicze” kinooperatora były jednakowoż dłuższe niż te kierowcy autobusu komunikacji miejskiej. Te mają, w zależności od linii jaką się właśnie kursuje oraz tłoku na drogach miasta, maksymalnie 15 minut na 50. To jak stosunek przerywany w przypadku kontaktów interpersonalnych o podłożu erotycznym, frustrujące jak diabli. Ledwo człek wgryzie się w treść książki, a już „leon” (komputer pokładowy autobusu) daje znać, że czas ruszać. Frustracja kierowcy autobusu – nicht gut. Może lepiej pozostać przy oglądaniu miliona filmów z kotami i ogórkami, w internecie? Hmmmm… Nie, nie sądzę. Teraz cytat kapitalny z książki czytanej interwałowo obecnie. W sumie to nawet meta-cytat gdyż cytuję cytującego.

Kurt Vonnegut Jr. „Palm Sunday” (1981). – tłum. Marek Fedyszak.

Ten wpis został opublikowany w kategorii W głowie i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz