Alfabet Herr Kulasa, czyli co wpłynęło i nie ryba.”V” jak Vonnegut – (wersja poprawiona)

„- Nie piszesz już?
– Nie ma nic takiego, co chciałbym ludziom powiedzieć.
– Po tym wszystkim, co widziałeś i przez co przeszedłeś? – spytała.
– Właśnie to wszystko, co widziałem i przez co przeszedłem, sprawia, że napisanie czegokolwiek jest dla mnie niemożliwe. Zatraciłem zdolność do logicznych wypowiedzi. Bełkocę do cywilizowanego świata, a on odpowiada mi tym samym.”

Wydane w serii „z kosmonautą”, przez oficynę „Czytelnik”, „Syreny z Tytana” Vonneguta, były pierwszym mym kontaktem z prozą Geniusza z Indianapolis. Miałem około szesnastu lat, fanatycznie wielbiłem SF, pod każdą postacią. Książka, film, komiks, malarstwo, książka. Czytałem wszystko, co znalazłem w Miejskiej Bibliotece Publicznej, a co nawet ledwie otarło się o fantastykę. No a tu kosmonauta w logo serii i jeszcze Tytan, w tytule. Musi być, że science-fiction. No i pochłonąłem. Nie bardzo dziś pamiętam jak odebrałem wtedy prozę Vonneguta, pewne jest, że spodobało mi się na tyle, że zacząłem szukać po znajomych, czy ktoś nie ma może na sprzedaż czegoś, a były to czasy… całkiem inne od dzisiejszych czasów, w których wszystko jest na wyciągnięcie ŁŁ (łebowa łapa). Okazuje się, że znajomi mieli i nawet skłonni byli się pozbyć, za kwotę. I poszło: „Kocia kołyska”, „Rzeźnia nr 5”, „Pianola”… O k… jejku! Teraz uzmysłowiłem sobie, że mi „Śniadania mistrzów” oraz „Niech Pana Bóg błogosławi…” brakuje na półce, z klasyki Mistrza. Łebowa Łapo, do dzieła! I dodam jeszcze na koniec: „Wszystkiego najlepszego!”

P.S.- Kiedy w wieku 23 lat, jako jeniec wojenny, jesteś bezpośrednim świadkiem bezsensownej hekatomby dużego, europejskiego miasta. Kiedy uda ci się przeżyć i na dodatek masz talent do opowiadania historii połączony z refleksyjną naturą, stajesz się Kurtem Vonnegutem. „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.” jak mawiała moja babcia.